Co robic?

Nadzieja
zaufany użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: śr kwie 19, 2006 7:11 am
Gender: None specified

Co robic?

Post autor: Nadzieja » śr cze 14, 2006 4:43 am

Witam Was moi kochani. Czytam Wasze posty juz od roku, od kiedy moj syn zachorowal.. Juz dawno zbieralam sie, aby napisac, ale jestem dosc niesmiala. Moze zabrzmi to patetycznie, ale kocham Was za Wasza szczerosc, czasem ostre slowa. Moi - cudowna, pelna pomyslow .Wiktoria: - konkretna, z duza medyczna wiedza ( wiki, skad czrpiesz materialy do swoich postow?) Zbyszek, czasem kaprysny, ale zawsze podkreslasz, jakie znaczenie ma kontakt z lekarzem i permanentne branie lekow I ostatnio Darius- inteligentny mlody czlowiek, bardzo przychylnie nastawiony do ludzi
Jestem w dosc trudnej sytuacji, poniewaz przebywam za granica Polski. I to od 6 lat. Moj syn w tym czasie srobil mature, potem dostal sie na studia( wyjechalam ze wzgledow ekonomicznych...jego ojciec opuscil nas)Finansowalam studia syna, az przyszlo najgorsze...schizofrenia...szpital (czerwiec 2005) telefony do Polski. stresy, nerwy. Teraz moj syn jest po pracy dyplomowej, ale musial przerwac studia z powodu choroby
Nie moge na razie wrocic do kraju, ze wzgledu na zobowiazania...jestem w stalym kontakcie z moim dzieckiem, ale sami wiecie, jak to jest....zobojetnienie uczuc... odzywa sie, jak potrzebuje pieniedzy..obecnie chodzi na oddzial dzienny i nie pracuje (ma 25 lat), i byc moze zacznie kontynuowac studia magisterskie, ale ja musze to stymulowac. Inaczej bede skazana na utrzymywanie go do konca zycia. Ajesli zdrowie mi nie pozwoli? Jestem po 50-tce, a jego ojciec nie dba o to? Powidzcie mi prosze, czy powinnam wysylac mu pieniadze na kazde jego zawolanie? Kocham moje dziecko, ale nie chce przedobrzyc. Jestescie mlodsi pewnie ode mnie, ale czytam Was i wiem ile macie zyciowego doswiadczenia . Naprawde jestescie bardzo madrzy.. Pozdrawiam Was serdecznie...Nadzieja. Prosze ...odpowiedzcie mi

Awatar użytkownika
moi
moderator
moderator
Posty: 27828
Rejestracja: czw maja 18, 2006 1:12 pm
Gadu-Gadu: 9
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Gender: None specified

Post autor: moi » śr cze 14, 2006 11:24 am

Odpowiem, biorąc pod uwagę przede wszystkim własne doświadczenia życiowe. Otóż, to, co tak naprawdę postawiło mnie na nogi i zmusiło do ciężkiej, rzetelnej pracy nad sobą, jak również do zaprzestania rozczulania się nad sobą oraz ukierunkowania się wyraźnie na przyszłość - była trudna sytuacja materialna mojej rodziny. Na studiach utrzymywałam się głównie z alimentów od ojca. Po dwukrotnym pobycie w szpitalu (co zdarzyło sie na drugim roku studiów), byłam zmuszona wziąść roczny urlop dziekański...Mój ojciec to wykorzystał i wystąpił do sądu z wnioskiem o wstrzymanie alimentów - sąd przychilił się do jego prośby. Po powrocie na studia, pomownie złożłam wniosek do sądu, ale mój ojciec wszystko utrudniał i opóźniał w czasie (nie wynikało to z jakichś finansowych kłopotów z jego strony, był człowiekiem w miarę zamożnym, natomiast moja mama akurat w tym czasie była bez pracy i zupełnie pozbawiona środków do życia)...Musiałam podjąć jakąś decyzję, czy chcę być osobą chorą i w związku z tym niejako zwolnioną z odpowiedzialności za własne życie,ale zadaną wyłącznie na łaskę innych ludzi, czy też starać się jakoś stanąć na nogi i próbować pomóc sobie i mojej mamie w tej trudnej sytuacji...Miałam ogromną ochotę zrezygnować wtedy z wszelkich starań o poprawę swojego losu - byłam zrezygnowana, pogrążona depresji i chociaż po lekach większość objawów "wytwórczych" zniknęła - nie czułam się dobrze. Nie na tyle, żeby wyjechać z domu i samodzielnie włączyć się w ten normalny i przyjemny dla większości studentów tok codziennych zajęć. A jednak to zrobiłam. Ponieważ nie mogłam liczyć na pomoc finansową ze strony rodziców (przynajmniej do momentu ostatecznego rozwiązana kwestii alimentów przez sąd) - wystąpiłam z wnioskiem o kredyt studencki (podpowiedziała mi to moja znajoma, która również nie wahała się podżyrować mi ten kredyt), jaki b. szybko (po miesiacu) został mi przyznany...Potem tylko musiałam pilnować, żeby wszystko zaliczac w czasie (nie bylo mowy o przedłużeniu sesji, bo groziło to zerwaniem umowy kredytowej przez bank), jak również starać sie zaliczać na jak najwyższą ocenę (liczyłam na umorzenie części odsetek w zwiazku z dobrymi wynikami w nauce)...Na początku było bardzo ciężko - nie wierzyłam, ze zaliczę sesję...Z drugiej strony,zawzięłam się i robiłam wszystko aby tak sie nie stało - mysl o tym, ze mogłabym skrzywdzić swoim nieudacznictwem, czy lenistwem najbliższe mi osoby nie dawała mi spokoju. Udało się. Skończyłam studia, po drodze nawet dostałam stypendium naukowe (ciężka płaca popłaca!)...Myślę, że cała ta sytuacja zmusiła mnie do pokonania swoich słabych stron, tych w które najczęściej wpadają ludzie po przebytych psychozach, itp. stanach - rozczulanie się nad sobą, osłabienie woli, słaba socjalizacja, kłopoty z podejmowaniem decyzji, itd...Cięzko mi sie do tego przyznać, ale do momentu, gdy mogłam liczyć na czyjeś bezwarunkowe wsparcie, pomoc i opiekę - dużo mniejszą wagę przykładałam do tego, czy i ile wysiłku powinnam we wszystko wkładać sama. Myślę, zę mój powrót do -w miarę stabilnej- równowagi psychicznej był konsekwencją całej tej sytuacji. Przed chorobą i zaraz po niej byłam dużo słabsza psychicznie, nie wyobrażałam nawet sobie, że stać by mnie było na taki wysiłek...I nie próbowałabym go podjąć, gdybym nie była po prostu zmuszona...Dlatego dzisiaj uważam, że nie można chorego ciągle prowadzić za rękę, a już na pewno nie można bezwarunkowo i ciagle mu pomagać. Wmagania powinny być podobne, jak te sprzed choroby, z małą poprawką na chwilowe pogorszenie samopoczucia...Wiem,że Tobie, Nadziejo, jest o wiele trudniej w to uwierzyć,niż mnie, która już przez to przeszłam - kochasz swojego syna, a jego choroba dodatkowo wzmaga Twój niepokój i lęk o jego przyszlość...Uważam jednak, ze nie powinnaś być aż tak pobłażliwa - Twoja bezwarunkowa milość, akceptacja i pomoc (równiez finansowa) sprawia,że brakuje mu po prostu motywacji,aby pracować nad sobą, aby starać sie cos zrobic z właśnym życiem...Nie wierzy po prostu w to,że ktoregoś dnia mogłoby zabraknąć Twojej opiekuńczej ręki...Na Twoim miejscu starałabym sie odbyć z nim poważną rozmowę (ale nie na odległość, przez telefon!), powiedzieć, zę Twoja obecna sytuacja nie pozwala w pełni na finansowanie mu studiów, ze masz tylko pewną część kwoty odłożonej na ten cel (np. na przeżycie przez jeden semestr) i zaporoponować mu, że weźmiesz pożyczkę na kontynuację nauki, jeśli ten semsetr zaliczy...Pożyczka to coczywiście blef, przepraszam,ze proponuję Ci takie mało oszukaństwo,ale kompletnie nie wiem, jak inaczej zmobilizować Twojego syna do walki, niż uzmysłowienie mu,ze kłopoty finansowe są po prostu częścia życia i trzeba umieć z nimi walczyć...Kiedyś moja znajoma powiedziała, ze gdyby ludzie nie musieli jeść, to wiekszość z nich w ogóle by sie z domu nie ruszała...Coś w tym jest - uwierz mi, Nadziejo. Pozwól dorosnąć Twojemu synowi, bo na razie nie ma szans nawet to, aby podejmowac jakieś dojrzałe, przemyślane decyzje - robisz to po prostu za niego.... Uwierz, że stawianie wymagań rozwija i usamodzielnie każdego - zdrowego, czy chorego.Syn napisł i obronił pracę dyplomową - to bardzo dużo, myślę, że naprawdę stać go na dużo więcej. Mam nadzieję, że Twój syn zrozumie, że wszystko w życiu zależy tak naprawdę tylko do niego Pomóż mu w tym chociaż tylko trochę.25 lat ...to najwyższy czas, zeby dorosnać, zrozumieć, nauczyć się polegać na sobie...Na pewno się uda. Pozdrawiam.

Nadzieja
zaufany użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: śr kwie 19, 2006 7:11 am
Gender: None specified

Post autor: Nadzieja » czw cze 15, 2006 2:00 am

Mam nadzieję, że Twój syn zrozumie, że wszystko w życiu zależy tak naprawdę tylko do niego Pomóż mu w tym chociaż tylko trochę.25 lat ...to najwyższy czas, zeby dorosnać, zrozumieć, nauczyć się polegać na sobie...Na pewno się uda. Pozdrawiam.


Dzieki Moe za bardzo szczery, osobisty post. Mysle nad Twoja odpowiedzia intensywnie, poniewaz naleze do osob, ktore podejmuja decyzje po glebokim przemysleniu, Myslalam o powrocie do kraju wielokrotnie, ale zdaje sobie sprawe, ze ze wzgledow finansowych nie poradzilabym sobie jeszcze. Sadze, ze musze pobyc tu jeszcze ok, roku. Twoje rady sa dla mnie bardzo cenne ( a tak na marginesie...kiedys napisalas-, mysle, ze to byla Twoja wypowiedz- ze w/g Freuda, chorzy sa ci, ktorzy nie potrafia kochac i pracowac.) Cos w tym jest istotnie, Ty bardzo kochasz swoja matke, myslisz o swoim antykwariacie Wiesz, bedzie mi dosc ciezko podejmowac stanowcze i racjonalne decyzje jesli chodzi o pomoc finansowa dla mojego syna, (dochodzi jeszcze do tego poczucie winy ,ze opuscilam go w jakis sposob, wyjezdajac, niezaleznie od motywacji.) Teraz chcialabym, jesli pozwolicie, poruszyc inna sprawe. Chwala Zbyszkowi za to ,ze stworzyl to forum..dla mnie okazalo sie zrodlem wiedzy na temat choroby mojego syna. Ale to przeciez kropla w morzu. Mysle, ze nalezaloby utworzyc jakies Stowarzyszenie d/s Schizofrenikow..powolac jaksas fundacje...no nie wiem...nie za bardzo znam sie na tym. Zbyszek wklada swoja energie w AI ( bron Boze nie krytykuje Cie Zbyszku, szanuje Twoje inicjatywy, to jest przeciez Twoje zycie) a na polu Schizofrenii jest pustka. Przeciez Wy wiecie najlepiej, jak slabo spoleczenstwo jest uswiadomione, jesli idzie o te sprawe. Nieraz ten temat byl poruszany na Forum, ale nic sie nie robi w tym kierunku, aby to zmienic, Zdaje sobie sprawe, ze w sytuacji schizofrenika nie zawsze jest determinacja, do dzialania, ale jest Was wielu, mlodych wyksztalconych ludzi, ktorym rowniez moga pomoc przyjaciele, rodzina w ich dzialaniu. Przepraszam, ze zajelam glos w tej sprawie, ale jestem matka i mysle, ze jak wroce do kraju, to bede starala pomoc mojemu choremu synowi niekoniecznie wkladajac mu pieniazki do reki. Pozdrawiam wszystkich madrych znanych mi forowiczow...Nadzieja

Nadzieja
zaufany użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: śr kwie 19, 2006 7:11 am
Gender: None specified

Post autor: Nadzieja » czw cze 15, 2006 3:56 am

Moi...przepraszam, ze zmienilam Ci niechcacy nicka na Moe :oops: caluski Nadzieja

Awatar użytkownika
moi
moderator
moderator
Posty: 27828
Rejestracja: czw maja 18, 2006 1:12 pm
Gadu-Gadu: 9
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Gender: None specified

Post autor: moi » wt cze 20, 2006 9:46 pm

Tak, mój post był osobisty, ale trudno pisać w sposób inny, niż osobisty o przeżyciach związanych z chorobą psychiczną... W postach wszystko tak ładnie czasami wygląda, tak porządnie daje sie poukładać w słowa.A słowami można stworzyć każdą historię: tragedię, albo komedię, tragifarsę..co kto woli. TAka mi tu wyszła budująca historia, bo tak też chciałabym widzieć siebie z perspektywy czasu. FAktem jednak jest, że milość i szacunek do rodziców to jedno, a brak porozumienia z nimi to drugie. Moja mama nigdy nie zaakceptowała tego,ze byłam w szpitalu. Z tego samoego powodu nie zauważyła(po protu nie zauważyła), że nagle przestałam chodzić na zajęcia, że w środku sesji nagle przyjechałam do domu i leżałam cały dzień w łóżku, albo robiłam różne dziwne rzeczy (naprawdę dziwne). NIE mam o to do niej żalu. PO prostu przyzwyczaiłam się, że nie mogę liczyć na jej pomoć, bo ona ma jakiś swoj wymyślony świat, w ktorym wszystko jest w porządku, a ja jestem okazem zdrowia. W pewnym momencie swojej choroby (jeszcze przed diagnozą) sama zaczęłam zauważać, domyślac się już, że cos jest ze mną nie tak, ale jej postawa jakby pomagała mi pogrążać się na nowo w chorobie...Znamiennym jest tez fakt,że po pomoc zwróciłam sie w końcu do kogoś spoza rodziny - do swojej dobrej znajomej, u której przesiadywałam dzień i noc (naprawdę!), bo tylko przy niej czułam sie bezpiecznie i to ona w końcu zaprowadziła mnie jak dziecko, za rękę do szpitala (jestem jej teraz za to bardzo wdzięczna).ITD...MAM mnóstwo historii w tym stylu. DO każdej można przyczepić jakąś nadbudowę filozoficzną, psychologiczną, albo inną...TYlko po co? Ważne sa fakty, bo - jak mawiał Mark Twain- z faktami się nie dyskutuje. FAkty są takie,że w końcu w moim otoczeniu znalazł się ktoś rozsądny, kto pomógł mi z tego się wydobyć. A czy w otoczeniu TWojego syna też jest ktoś taki? CZy naprawdę uważasz, że pozostawiając go samemu sobie właśnie teraz, będziesz w stanie go uratować (swoimi ciężko zarobionymi pieniedzmi) po swoim powrocie?Wiem, ze to wszytko jest bardzo trudne, samam mam na codzień wiele dylematów finansowych i tez zastanawiam sie, czego tak naprawdę potrzebuje moje dziecko: pieniedzy na dobrą opiekę , lepszy start w życie, czy po prostu mojej obecności? Życze, aby Twój wybór był tym najwłaściwszym, ale pomyśl tez o moim przypadku w ten sposób, ze ja to jednak miałam szczęście - znalazł sie w odpowiednim miejscu i czasie ktoś bliski mi na tyle, kogo interesował mój los i kto naprawdę mi pomógł. Myślę, że w moim przypadku rozmowa przez telefon niewiele by zmieniła. A jak będzie z Wami? Czy Twój syn ma obok siebie kogoś, kto naprawdę mu pomoże?... MAm nadzieję, ze to wszystko ułoży się Wam w jakąś optymistyczną historię, jedną z takich,które warto opowiadać na tym forum ku pokrzepieniu innych. Bardzo Wam tego życzę.POzdrawiam.

Nadzieja
zaufany użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: śr kwie 19, 2006 7:11 am
Gender: None specified

Post autor: Nadzieja » pt cze 23, 2006 6:28 am

Moi...kochana , wrazliwa Moi...dziekuje za Twoja odpowiedz. Widzisz...u mnie jest tak. ze z jednej strony chialabym byc przy moim dziecku...rozmawiam z nim codzienne na GG, a z drugiej strony wiem, ze on liczy ma moje wsparcie finansowe.. Jestem daleko...za oceanem i wiem , ze kiedy wroce...nie bedzie wtedy odwrotu. On mieszka w naszym domu ze swoimi siostrami...dom .gdzie kazdy ma swoje przytulisko .....Swoje..powiedzmy to pieterko. Jego siostry sa mezatkami... ,kocham moje corki i rozumiem, ze nie zawsze znajda czas i cierpliwosc, aby zajac sie bratem.Podsylam im rozne wiadomosci na temat Jego choroby...ale one maja swoje dzieci...swoje problemy. I tu powstaje dylemat...wrocic.,.kied y nie jestem jeszcze gotowa...przeciez musze zabezpieczyc byt nie tylko sobie, ale rowniez mojemu choremu synowi)..czy zostac jeszcze troche, aby oplacic synowi dalsza nauke , utrzymanie..,.lekarstwa i zeby mial przy swojej chorobie poczucie bezpieczenstwa
Naprawde sporo wiem na temat schizofrenii....i co z tego? On jest bezradny. Teraz walczy o to, aby z powrotem przyjeto go na studia podyplomowe, magisterskie. Ma dodatkowo problemy z sercem...a przeciez to jest AWF.....domyslasz sie, ze to moze byc na jego niekorzysc..
a A teraz, abstrachujac od tematu......z zachwytem przeczytalam Twoj post o biblioterapi.. Wiesz, ja zawsze kochalam bajki
i czytalam czesto mim dzieciom ( przewaznie Andersena)....i pamietam, ze czytajac mojej najstarszej corce bajke "Dziewczynka z zapalkiami" plakalam., jak bobr. A dzisiaj..kiedy przeczytalam twoj post do Milli znalazlam w Interniecie
fragment "oskara i Pani Rozy"...Musze zdobyc to opowiadanie..bo chce dowiedziec sie, jak maly Oscar poradzil sobie ze swoim biednym zyciem ...Pozdrawiam cie serdecznie, madra, ciepla Moi...Nadzieja

Awatar użytkownika
moi
moderator
moderator
Posty: 27828
Rejestracja: czw maja 18, 2006 1:12 pm
Gadu-Gadu: 9
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Gender: None specified

Post autor: moi » pt cze 23, 2006 9:26 am

Ucieszyłam sie, ze Twój syn nie jest jednak pozostawiony tak zupełnie sam sobie...To zawsze jest zabezpieczeniem, że w razie, gdyby działo sie coś niepokojącego, będą obok niego ludzie, którzy szybko zareagują...Mam nadzieję, że to poczucie bezpieczeństwa, które daje rodzina, wzajemna więż, dodadzą mu siły i determinacji w dążeniu do samodzielności...

E.E.Schmidtt wydał już w Polsce, oprócz "Oskara..." także "Pan Ibrahim i kwiatki Koranu" i "Dziecko Noego".Wszystkie te trzy książki są naprawdę niezwykłe. Dawno nie miałam już uczucia, ze jakaś książka mnie wewnętrznie zmienia, że nie uwodzi mnie tylko jakimiś kuglarskimi sztuczkami słownymi, ale że odkrywa przede mną to nieuchwytne "coś", co sprawia, że dni są ładniejsze, ludzie lepsi i ja między tym wszystkim się też na chwilę odnajduję...To nie ułuda, nie sztuczka - myślę, że to efekt "epifanii" (olśnienia), który wg starożytnych Greków pojawia się na chwilę w człowieku tylko pod wpływem piękna i prawdy zawartych w sztuce... Starożytnym było jednak trochę łatwiej odróżnić tę prawdę i piękno od fałszu, chociażby dlatego,ze nie mieli reklam udających różne rzeczy i wmawiających ludziom odpowiedni kształt dla najskrytszych marzeń...
Twoje dzieci miały sporo szczęścia, ze zaufalaś tradycyjnym wartościom , zawartym w basniach i umiejętnie przemycałaś je do dziecięcego pokoju - w ktorymś momencie życia, to czytanie baśni dziecku zaczyna owocować. Najbiedniejsze są te dzisiejsze dzieci, kilkulatki, tak nasycone wszystkim, że same nie potrafią się już bez pomocy telewizji i reklam połapać, po co i dalczego są im właściwie potrzebne marzenia...Mam sporo rysunków dzieci w różnym wieku, dotyczących fabuł i bohaterów baśniowych i -uwierz mi- ich analiza przynosi wiele niepokojących przemyśleń właśnie tego typu...
Chętnie prześlę Ci książki Schmidtta, jesli tylko czujesz, że "olśnienie" jest blisko...Czego się nie robi dla Nadziei

:)

Pozdrawiam

Nadzieja
zaufany użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: śr kwie 19, 2006 7:11 am
Gender: None specified

Post autor: Nadzieja » sob cze 24, 2006 5:26 am

Moi Witaj..., Nie chce sie powtarzac, ale gdyby bylo wiecejj takich pieknych wewnetrznie LUDZI. jaK TY . moja sliczna
to swiat bylby uwolniony od zla. Ja wiem...zaraz mi odpowiesz. ze to jest sprawa chwili...moze kaprysu.. Twojej choroby.
My nie wiemy, kto nami rzadzi! Byc moze , ze Ci na gorze sa bardziej niebezpieczni. niz kazdy (wydaje sie) czlowiek, ktory nie spelnia tzw. normy spolecznej. Dziekuje... Mala



, ze oferujesz mi te ksiazki....ale rozmawialam dzisaj z moja corka i ona przesle mi mi te tytuly, o ktorych rozmawialysmy Bede sie odzywac od czasu do czasu...a na pewno bede sledzic Twoje posty...MOI Nadzieja

Nadzieja
zaufany użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: śr kwie 19, 2006 7:11 am
Gender: None specified

Post autor: Nadzieja » sob cze 24, 2006 5:39 am

Moi Witaj..., Nie chce sie powtarzac, ale gdyby bylo wiecejj takich pieknych wewnetrznie LUDZI. jaK TY . moja sliczna
to swiat bylby uwolniony od zla. Ja wiem...zaraz mi odpowiesz. ze to jest sprawa chwili...moze kaprysu.. Twojej choroby.
My nie wiemy, kto nami rzadzi! Byc moze , ze Ci na gorze sa bardziej niebezpieczni. niz kazdy (wydaje sie) czlowiek, ktory nie spelnia tzw. normy spolecznej. Dziekuje... Mala



, ze oferujesz mi te ksiazki....ale rozmawialam dzisaj z moja corka i ona przesle mi mi te tytuly, o ktorych rozmawialysmy Bede sie odzywac od czasu do czasu...a na pewno bede sledzic Twoje posty...MOI Nadzieja

Awatar użytkownika
moi
moderator
moderator
Posty: 27828
Rejestracja: czw maja 18, 2006 1:12 pm
Gadu-Gadu: 9
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Gender: None specified

Post autor: moi » ndz cze 25, 2006 11:51 pm

Nadzieja pisze:Moi Witaj..., Nie chce sie powtarzac, ale gdyby bylo wiecejj takich pieknych wewnetrznie LUDZI. jaK TY . moja sliczna
to swiat bylby uwolniony od zla. Ja wiem...zaraz mi odpowiesz. ze to jest sprawa chwili...moze kaprysu.. Twojej choroby.



, ze oferujesz mi te ksiazki....ale rozmawialam dzisaj z moja corka i ona przesle mi mi te tytuly, o ktorych rozmawialysmy Bede sie odzywac od czasu do czasu...a na pewno bede sledzic Twoje posty...MOI Nadzieja
Fajnie, ze dostałam to na piśmie...Teraz sobie mogę pokserować i w złych chwilach wyciągać z torebki,żeby przeganiać depresję i gorzycz z wnętrza...No, niezupełnie kaprys mna powodował.Otóz ja kiedyś tez szukałam pewnej kasiażki i nawet dalam ogłoszenie w pewnej gazecie (czy ktoś jeszcze pamięta "Na przełaj"?), że zapłacę za nią przyzwoitą cenę i po paru dniach od ukazania się tego ogłoszenia dostałam ją pocztą ze słowami dedykacji:"Pozdrowienia.Patuch". Pomyślałam,ze oto nadszedl czas, by spłacić dług (jakoś mocno wierzę w te rzeczy, że dobro pomnożone, itd...). No, ale widzocznie to jeszcze nie tym razem.Przy okazji pozdrawiam Patucha z Warszawy, gdziekolwiek teraz jest. I Tobie Nadziejo, również dziekuję, po tym ciężkim i niedobrym dniu, te słowa, to naprawdę jak do rany przyłóż :D

Wróć do „moje dziecko jest chore”